O eksperymentalnej serii Glenfiddicha wypowiedzieli się już chyba wszyscy. Duzi i mali, profesjonaliści i amatorzy, każdy, kto chciał, mógł do nowości Glena dotrzeć. O butelkach IPA i XX było głośno, rozgłos ten odbijał się echem przez ileś kolejnych tygodni od premiery. Dziś po wrzawie nie ma śladu a ja, świadomy, że trudno o cokolwiek odkrywczego, opuszczam obóz tych, którzy Project XX nie próbowali.

Dobra, do rzeczy.

Dwudziestu ekspertów z szesnastu krajów wybrało whisky z dwudziestu beczek, które następnie Brian Kinsman, malt master Glenfiddicha postarał się  skomponować w całość. A było co składać; wśród wybranych destylatów było 17 pochodzących z beczek bo burbonie, w tym również z beczek first-fill, dwa z ex-sherry i jeden z ex-porto.

Project XX to, na tyle, na ile zdążyłem poznać region, sympatyczny speysider. Przyprawy, wanilia, wszystko w dosyć słodkiej otoczce. 47% ABV to miły gest, i choć pijałem whisky o dłuższym finiszu, to całość smakuje zupełnie przyzwoicie. Nie wiem czy da się tu rozszyfrować wpływ każdej z beczek, być może można a ja sam jestem na to za cienki, ale Project XX nie jest też zupełnie płaski. Do drugiego kieliszka dodałem odrobinę wody i paleta nieco się rozszerzyła, przywodząc mi na myśl kwiaty, owoce, skądś już znane wcześniej jabłka, gruszki, może znowu nieco przypraw.

Kolejna rzecz: design butelki. Jak na eksperyment przystało, zupełne oderwanie od dotychczasowych projektów. Minimalizm, prostota, elegancja. Spośród szkockich, z którymi miałem do czynienia nadal najbardziej podoba mi się butelka Signeta od Glenmorangie, jednak Glenfiddich Project XX pod tym względem plasuje się niewiele niżej. Czy duet Project XX i IPA to próba odmłodzenia grupy konsumentów? Być może. Bez względu na intencje sama próba odświeżenia wyglądu butelek bardzo mi się podoba.

W którejś z notek prasowych czytałem, że Glenfiddich ustala na nowo zasady tworzenia whisky. To mocne słowa; cała otoczka projektu jest z pewnością ciekawa, miła dla ucha i super działa na wyobraźnię. I owszem, historia powstania tej whisky bardzo mi się podoba, lubię takie pomysły. W kieliszku to jednak coś, takie mam wrażenie, o czym można by pomyśleć bez zaskoczenia, że tak, to Glenfiddich. Glenfiddich bez deklaracji wieku, ale taki, którego pojedyncze akcenty wydają ci się znane, gdzieś już smakowane, najprawdopodobniej w innych wariantach Glena. I temu, kto lubi żonglować dramami podstawek Glenfiddicha, Project XX też przypadnie do gustu.

Na szybko zerkam po sklepach internetowych. Cena jakoś się ustabilizowała; tu trzy stówki, tam prawie trzysta pięćdziesiąt. W sklepach stacjonarnych różnie; rzucił mi się raz w oczy Project XX za nieco ponad dwieście pięćdziesiąt, ale też widziany już jakiś czas temu rekordzista liczył sobie czterysta pięćdziesiąt złotych – a przecież nie robiłem objazdówki po wszystkich sklepach. Tuż po premierze XX zaczął pojawiać się na zagranicznych serwisach aukcyjnych i osiągał tam ceny na poziomie stu funtów i więcej – rekordzista zapłacił 225 funtów! Efekt nowości, ciekawości, jak kogoś stać, cóż, wiele rozumiem, ale nadal: uch, grubo. Dziś na tym samym serwisie Project XX kosztuje 40 – 45 funtów.

Project XX to whisky, która razem z wariantem IPA narobiła sporo szumu. Ciekawi mnie, czy próbowaliście obydwu? Jak wyglądają one w bezpośrednim porównaniu? Koniecznie dajcie znać w komentarzach. Dzięki!