Idę o zakład, że właśnie teraz, gdy czytacie te akapity, gdzieś na świecie, z dużym prawdopodobieństwem w Polsce, toczy się kolejna dyskusja o kolejnym osobniku „profanującym” whisky. Ten zniszczył dziesiątki, setki lat doświadczenia gorzelni dolewając coli, ten sprofanował najświętszą świętość dodając dwie kostki lodu, jeszcze inny uraził wszystkich ośmielając się dodać do whisky soku. Hańba. Znieważenie. Zbezczeszczenie. Świętokradztwo. Wszystkim Wam, niewierni, spisałem kilka zasad, do których powinniście się stosować, otwierając w domu butelkę whisky.

Niedopuszczalnym i skrajnie nieodpowiedzialnym jest picie whisky z czymkolwiek. Biada wam, wiarołomni, którzy ośmielicie się do szklanki zalanej czterdziestką whisky dodać coli, soku, wody czy lodu.

Gdyby Szkoci chcieli, żebyście pili whisky z colą, to by produkowali whisky z colą!

Zrozumiano?!

Koktajle z whisky? Bójcie się boga, jakie koktajle! Prawdziwy znawca whisky na samą myśl o takim szatańskim wynalazku powinien dostać konwulsji.

Ej, chwila, chwila. Co zrobiłeś? Dodałeś lodu? Co?! Wiesz co zrobiłeś?! Zabiłeś smak whisky.

ZABIŁEŚ.

Zabiłeś smak whisky. Nie mogę dalej dyskutować z mordercą, odejdź.

Niewyobrażalnym błędem, godnym największego potępienia jest też picie blendów i, nie daj bóg, chwalenie ich.

Jasne, pij sobie whisky mieszaną, ale proszę, nie nazywaj się prawdziwym fanem whisky.

To nic, że ponad 90% sprzedawanej w Polsce whisky to właśnie blendy. Blend to w zasadzie niemal nie whisky, pod żadnym pozorem nie może ci posmakować. Pijesz na własną odpowiedzialność!

Wiem, mówimy cały czas o podstawach. Bycie fanem whisky to skomplikowana sprawa, niezwykle złożona i umówmy się, nie każdy może do tego grona wstąpić. A z pewnością: nie każdy powinien. Tego stanu odkupienia win i zbawienia na pewno nie powinni osiągnąć ci, którzy w dowolnej, dostępnej w powszechnej dystrybucji whisky typu single malt nie dostrzegają osiemdziesięciu czterech odmian palonej pomarańczy a także rozmarynu i czarnuszki w otoczce z szafranu.

Jak śmiesz, niewierny, po prostu powiedzieć, że ci smakuje?

Tylko tyle? Co to ma być? Jakieś jedno marne skojarzenie z owocami? Koleżko, nie pomyliłeś klas?

Nie od dziś wiadomo, że JEDYNĄ SŁUSZNĄ formą spożywania whisky jest picie jej bez jakiegokolwiek dodatku, w odpowiednim stroju: smokingu lub, w zależności od okoliczności, bawełnianym szlafroku, pamiętając o owinięciu szyi kaszmirowym szalem, z cygarem w dłoni, w pokoju z przygaszonym światłem, wypełnionym sonatowym allegro Beethovena. Brylantyna na włosach, złożony okular, tarczowy zegarek odziedziczony po dziadku. Innych opcji nie ma, pogódźcie się z tym.

Na razie tyle. Serce mnie boli, łzy ciekną po policzku. Każde spisane tu zdanie raniło moje serce prawdziwego fana whisky.

A teraz ciut poważniej

Mili, zrozumcie jedną rzecz. Pewnie jeszcze nie raz i nie dwa na jakieś facebookowej grupie odbędzie się dyskusja o „heretykach” mieszających alkohol z colą czy z czymkolwiek innym. Picie whisky to nie degustacja whisky. Uczę się, i wiele osób się uczy, degustować, odkrywać smaki i zapachy whisky. To super sprawa jest, tylko nie można jej mylić z popijaniem whisky po robocie albo przy okazji odwiedzin znajomych. Są pewne zasady, zachowania czy warunki, które – spełnione – sprzyjają degustacji whisky. Degustacji.

Tymczasem degustacja degustacją a picie piciem. Niech każdy pije tak, jak mu smakuje. Przede wszystkim odpowiedzialnie, ale bez presji. Uczmy się od siebie nawzajem, szanujmy się, ale nie zaglądajmy nieproszeni do kieliszka sąsiada. Z colą, z lodem, z sokiem i z umiarem – tak, jak każdy lubi.