Rzecz się ma następująco: zjechała do domu rodzina, uroczystość jakaś, życzenia, wspólny obiad. Część oficjalna za nami, goście już swobodniejsi. Starym zwyczajem teść mój i jego szwagier przechodzą do salonu, zajmują fotele i zaczynają dyskutować. Dosiadam się, idzie jakoś standardowo: samochody, nowe wędki, wspólni znajomi, plany na wakacje, o polityce też trochę, choć zwięźle, bo i o czym tu gadać. Schodzi na alkohole.

Jeden, że dobre promo widział gdzieś na to i tamto. Drugi, że próbował tego i tego, ale tak średnio jakoś, nie podeszło mu. Na to ten, że to. Na co tamten, że… Świta mi głowie. Przepraszam panów, lecę do barku. Że obydwaj słodsze klimaty lubią, chwytam Rare Breed od Wild Turkey. Co nieco już o niej pisałem.

Z butelką już i szklankami wracam do salonu. Zagajam:
– No, spróbujcie tego.

Panowie może jakimiś koneserami nie są, coli się nie wstydzą, ale lubią od czasu do czasu wypić szklankę czegoś dobrego. Polałem im Rare Breeda, zasmakowali. Jeden, że fajne, drugi, że no niby mocne, 56,4% ale jakoś alkoholu nie czuć tak bardzo, tamten, że w sumie to i bez coli idzie, ten znowu, że słodkie, i że ta dębinka fajna – i tak dalej. Wróciliśmy do samochodów, aj, takich silników jak 1.9 TDI to już nie ma, wędkarz ze mnie marny, więc o nowym kołowrotku wiele nie mówię, o zachwyt nad sumem, co to ktoś tam w sobotę złapał również trudno. Dalej wspólni znajomi, temu jak synowie porośli, daj spokój, o planach na wakacje nieco też się zeszło, Grecja fajna, Santorini, aj, super, ale Wenecja… i tak dalej. Politykę odpuszczamy.

Zbliża się dziadek mojej żony. Porządny gość, jak by on to sam powiedział: „szanuję człowieka”. Urwał się z towarzystwa babci i ciotek, powoli idzie do nas. Przygotowany na taki scenariusz, wyciągam szklankę.

– Masz dziadek, spróbuj, dobrą butelkę ostatnio kupiłem.
– A co to? Znowu myszy jakieś?
– Dziadek, spróbuj, sam zobaczysz, dobre. Wild Turkey, burbon taki.
– Jak?
– Wild Turkey – sylabizuję, u dziadka słuch już nie ten – Tylko ostrożnie, to już mocniejsze trochę jest.

Dziadek bierze szkło. Patrzy, przygląda się. Niucha, patrzy jeszcze raz. Marszczy brwi, wzdycha. Przechyla szklankę. Myślę sobie: rety, co ten dziadek, tu ponad 56% jest a on tak bez mrugnięcia okiem…

– Bimber, no mówiłem, że bimber.

Przechyla szklankę jeszcze raz. Wzdycha.

– No bimber jak cholera, ale niezły, słodziutki jaki. No, nawet, nawet. Czekaj, ja to gdzieś już piłem.

Pytająco zerkam na teścia, teść na szwagra.

– A, wiem! Taki sam to Wojtek, ten od Zbyszka, robił. Tylko mocniejszy robił. No wypić można.

Dziadek oddaje szklankę, wraca do stołu. Zerkam na teścia, teść na szwagra. Aprobata dziadka to nie byle co.

Godzinka, dwie później, goście się zbierają do wyjścia. Dziadek łapie nas na boku.

– Michał – półszeptem, wychylając głowę, czy babci nie ma w pobliżu – Michał, a byś dał jeszcze tego Ła Perki trochę. Rozchodniaczek taki, co?