I stało się! Zapowiadana od jakiegoś czasu whisky J. A. Baczewski trafiła do sklepów. Po kilku dniach zaczęły gdzieś po sieci chodzić głosy, że partia pierwszych sześciu tysięcy butelek jest już na wykończeniu. Czy to prawda – nie wiem. Z pewnością whisky od Baczewskiego budziła zainteresowanie na długo przed premierą – wódki i alkohole Baczewskiego mają się chyba nieźle, sam mam wielu znajomych, którzy niezwykle je sobie cenią.

Skusiłem się i ja. Dzień po ogłoszeniu premiery poszedłem do sklepu z sieci dystrybucyjnej i kupiłem egzemplarz dla siebie. Cena: 82,99 PLN, po odjęciu rabatu za wyrobioną kartę klienta: 74,69 PLN. Niecałe 75 złotych.

Co w zamian? Trzyletni blend, który – wyjaśnijmy to sobie na wstępie – wbrew obiegowej opinii nie jest whisky wyprodukowaną w Polsce. Na etykiecie stoi jak byk: Whisky wyprodukowana w Austrii. Baczewski jeszcze przed wojną produkował niejaką „Old Polish Whisky”, co do której bycia prawdziwą whisky niektórzy mają wątpliwości (polecam zajrzeć na blog Łukasza Czajki, który jak mało kto potrafi merytorycznie i przystępnie przedstawić historie poszczególnych alkoholi a wszystkich zainteresowanych historią Baczewskiego odsyłam do tematycznych wpisów Łukasza i na profil Baczewskiego na Facebooku) i ma bogatą oraz silnie związaną z Polską historię, ale whisky nie jest produkowana w Polsce.

Uprzedzając: powyższa wrzutka to żaden przytyk ani też żadna wada czy ułomność tej whisky. Nie chcę tylko, by w odbiorze whisky brał udział patriotyczny sentyment, który towarzyszył niektórym innym propozycjom; ot, choćby Prologue od Kozuby.

Dobra, historia historią, pochodzenie pochodzeniem – sprawdźmy, co kryje sama butelka. A ta fanom Baczewskiego jest z pewnością dobrze znana – to dokładnie ten kształt (nie widzę różnic, jeżeli czegoś nie dostrzegłem – poprawcie mnie), który kojarzą amatorzy wódki i nalewek z portfolio marki.

43% woltażu to miły akcent, ale piłem już mocniejsze whisky z lepiej ukrytym alkoholem.

Zapach przywodzi mi na myśl kwiaty, trawę czy jałowiec, gdzieniegdzie skojarzenia z winem, wszystko okraszone dużą słodyczą, przez którą nieustająco przebija alkohol. Żeby nie to ostatnie, byłby to pewnie ciekawy aromat. Smak wydaje mi się raczej płaski, bez wielkiego pola do odkryć. Nieco karmelu, odrobina owoców, delikatna wanilia. Nie odnalazłem tu jednej, zdecydowanej nuty. Początkowo smak nie niesie alkoholu, początkowo jest on lepiej ukryty niż w zapachu. Po chwili jednak whisky staje się pieprzna. Finisz króciutki.

Whisky od Baczewskiego, choć nie umiem odnaleźć w niej jakiegoś zdecydowanego charakteru, a sama wydaje mi się zbyt młoda i niezbalansowana, jest nadal przyjemniejsza w odbiorze od tanich blendów z dyskontów. To więcej od tanich łiskaczy, które zalewasz colą na imprezie, ale jednak mniej od odrobinę droższych szkockich blendów. Dziś chętniej dopłacę i wybiorę sprawdzone pozycje ze Szkocji, natomiast chętnie spróbuję Baczewskiego w wersji nieco starszej. Jeżeli tylko planowane są kolejne edycje za kilka lat, powinno być o wiele lepiej. Do tego czasu zostanę w gronie sympatyków likierów Baczewskiego.